fot.  Bartek Warzecha

O SPEKTAKLU

 

Tankred Dorst
„JA, FEUERBACH” (Ich, Feuerbach)
współpraca: URSULA EHLER

przekład – JACEK ST. BURAS
reżyseria – PIOTR FRONCZEWSKI
scenografia – MARCIN STAJEWSKI

premiera – 2.02.2013 r.

Występują:
Aktor Feuerbach – PIOTR FRONCZEWSKI
Asystent reżysera – GRZEGORZ DAMIĘCKI

Kobieta – MARIA CIUNELIS

Głośna współczesna sztuka niemieckiego dramatopisarza i reżysera Tankreda Dorsta. Jej autor w przejmujący sposób przedstawia w niej dramat wybitnego aktora „starej daty”, który po latach przerwy postanawia wrócić na scenę. Jest to przenikliwa opowieść o sztuce zaczynania od początku – o dylematach i rozterkach każdego powrotu, który równie dobrze może być zwycięstwem, co klęską.

To również aktualny i niezwykle przenikliwy traktat o istocie teatru, gdzie „nowe” wciąż ściera się ze „starym”, i nigdy do końca nie wiadomo, które wartości są godne ocalenia, a które nadają się już do lamusa.

„Ja, Feuerbach” – niemal monodram – zawsze było popisem najwybitniejszych aktorów. W 1990 roku zagrał tę rolę Tadeusz Łomnicki, tworząc jedną ze swoich najlepszych kreacji. Dziś roli tej podejmuje się Piotr Fronczewski, godny następca Łomnickiego.

 

Licencja na wystawienie utworu została wydana przez Stowarzyszenie Autorów ZAiKS. 

PATRONI MEDIALNI

 

           

 

Plakat

 

 plakaty_duzy_strona76   plakaty_duzy_strona77

 

fot. Bartek Warzecha, projekt graficzny – M&M Stajewscy

RECENZJE

 

BUTY

Kiedy poniżony Feuerbach schodzi ze sceny, zostają po nim buty. Zdjął je wcześniej, aby czarować Asystenta, pokazać mu swoją maestrię. Najpierw będą to etiudy, które nie wzbudzą w aroganckim młodym człowieku żadnego zainteresowania. Ale kiedy ukaże sugestywną scenę spotkania z ptakami. Asystent wreszcie zwróci na niego uwagę, nagrodzi ten pokaz wcale nieoszczędną pochwałą. Oto na wyciągniętych ramionach aktora przysiadają ptaki, zrywają się z furkotem, nadlatują, zatrzymują na moment, rozglądają i znowu wzbijają w powietrze. „Ale ptaki pan widział?”, dopytuje się później aktor. „Nie widziałem”, odpowiada Asystent, bo nie każdy jest obdarzony darem teatralnego widzenia. Z czasem stary aktor odsłoni trawiące go szaleństwo, którym zapłacił za oddanie teatrowi. Asystent rozstanie się z nim wtedy rutynowo, bez żalu.

Niewidoczny reżyser Lettau, na spotkanie z którym spieszył pełen nadziei aktor, nie zaszczyci Feuerbacha nawet jednym słowem. Po prostu wyjdzie. Feuerbach Piotra Fronczewskiego zastyga na krześle zmartwiały, powtarza z niedowierzaniem, niemal bezgłośnie wiadomość, że dyrektor wyszedł. Te kilka słów wywołuje lodowaty dreszcz, jakby spadła na nas wiadomość, że właśnie runął świat. Aktor jak automat zbiera się do wyjścia, bo już nie ma tu nic do zrobienia. Zostawia buty. Asystent wchodzi na pustą scenę. Sprawdza pilotem reflektory i dźwięk. Mąci ciszę jazgotem popu. Zauważa parę butów. Nawet robi im zdjęcie. I wyrzuca buty do kubła ze śmieciami. Tam jest ich miejsce. Jak Feuerbacha.

Piotr Fronczewski zadbał, aby okrucieństwo castingu starego aktora zostało dopowiedziane – jego teatr ląduje w kuble, jego świat już nie istnieje, życie przemija bez śladu. Ale przecież przed chwilą tu był. I choć odrzucony bez słowa, jakby nawet na krytykę nie zasłużył, choćby miażdżącą, zwyczajnie pominięty, dał przed nami wielki spektakl. Dowiódł, że sztuka, przez wielu uważana za staroświecką w formie, po której niczego już spodziewać się nie można, ciągle zachowuje wielką siłę oddziaływania. Pod warunkiem, że posługiwać się nią będzie mistrz.

Tomasz Miłkowski, Przegląd nr 10/04.03

ŻYCIE JAK MYDLANA BAŃKA

„Ja, Feuerbach” Tankreda Dorsta to psychologiczne studium starego aktora, który po zawirowaniach życiowych, rozpaczliwie próbuje wrócić na scenę.

W ciemnym teatrze nie czeka nań, rzekomo umówiony wcześniej, reżyser Lettau. Feuerbach spotyka natomiast (podającego się za asystenta reżysera) chłopaka, którego Lettau jakoby – przez czysty przypadek – miał zabrać autostopem z autostrady.

Odtwórca głównej roli, Piotr Fronczewski, jest przekonujący. Gra umiejętnie modelując napięcie wewnętrzne, bez zbytniej (być może i zbędnej) ekspresji, której oczekiwałem po – doskonale skrojonej przez Dorsta – roli. Piotr Fronczewski oddaje poniżenie i rozpaczliwą grę Feuerbacha, w której poszczególne wcielenia aktorskie mieszają się z jego prywatnym życiem, tak dalece, iż go bezlitośnie obnażają.

Dobrze wypada Grzegorz Damięcki, jako młody, bezczelny, dyletant nieustannie i arogancko żujący gumę. Zadanie ma tym łatwiejsze, iż jego rola jest bardziej wyrazista.

Gra Piotra Fronczewskiego demaskuje nie tylko Feuerbacha, ale i owego młodego człowieka.

Pojawiająca się na scenie Kobieta z pieskiem, jest jednak bez pieska. Kobieta (Maria Ciunelis) siedzi sobie w kucki i chyba nikt do końca nie wie, po co…

Spektakularna scena z wyimaginowanymi ptakami została zagrana po mistrzowsku, jednak oczekiwałem czegoś więcej. Scena ta powinna być kulminacyjną, powinna być punktem zwrotnym inscenizacji.

Najbardziej podobało mi się swoiste „biczowanie” tytułowego bohatera snopami światła. To dobry pomysł, który przywodzi na myśl nie tyle przesłuchanie aktora, co przesłuchanie oskarżonego w areszcie śledczym.

Jest jeszcze jedna, nie tyle istotna, co po prostu ciekawa i ładna scenka. To słup, opadających zza paludamentum, baniek mydlanych, które pękają zbyt szybko, by móc nacieszyć widzów swym widokiem. Fronczewski wyczekuje na odpowiedni moment, by dotknąć ostatniej bańki, zanim sama pęknie. I pęka za dotknięciem palca aktora, tak jak znikają nadzieje Feuerbacha związane z powrotem na scenę i do normalnego życia.

Reżysera nie ma w dramacie Tankreda Dorsta. Reżyseria w spektaklu Teatru Ateneum jest niemal przezroczysta. W sztuce, i jak to w życiu bywa, za sznurki pociąga jedynie żółtodziób, który wprowadza sporo żywiołowości na deski teatru. To on sam demaskuje mistyfikację, pokazując pilota, którym włączać miał (i wyłączać) reflektory oraz głośniki emitujące nieznośne hałasy i muzykę. Prawda jest okrutna: i na scenie, i w życiu zwycięża młodość, a nie wiedza, zdolności i doświadczenie.

„Ja, Feuerbach” to dramat wyborny, a czar wieczoru spędzonego w Teatrze Ateneum nie pryska tak szybko, jak mydlane bańki.

Ciekawy dramat i wspaniały aktor – sam Piotr Fronczewski – cóż więcej potrzeba do stworzenia dobrej inscenizacji, bez zbędnych fajerwerków?

Marek Kujawski, Teatr dla Was, 14-02-2013

POJEDYNEK Z CIENIEM

KIEDY WYBITNY AKTOR SIĘGA PO WYBITNY TEKST, BY ZMIERZYĆ SIĘ Z LEGENDĄ, MAMY DO CZYNIENIA ZE ŚWIĘTEM TEATRU.

Jeśli w dodatku, tak jak Piotr Fronczewski, podejmuje się reżyserii dzieła Tankreda Dorsta „Ja Feuerbach”, tworzy autonomiczny spektakl autorski, czego przykładem jest ostatnia premiera teatru Ateneum. Jest to sztuka psychologiczna, wielowymiarowa. Bo niewątpliwie pokazuje magię zawodu aktora, z którym rozstanie wywołuje pustkę i dramat. Ale pokazuje też bolesną walkę o zachowanie godności, która nie musi kończyć się klęską. Jest to wreszcie sztuka o zderzeniu pokoleń, a tym samym o zderzeniu wartości, które odchodzą w przeszłość, bo nic już nie znaczą dla tych, którzy przejmują ster sztuki, władzy… wszystko jedno. A może jest to także sztuka o niemożliwości powrotu do miejsca, które się zostawiło, a którego nie jesteśmy w stanie odnaleźć, bo go już po prostu nie ma? Piotr Fronczewski w swojej kreacji zgłębia każdy z tych aspektów. Wielki niegdyś aktor chce po latach przerwy wrócić do zawodu. Ale dyrektor, z którym był umówiony, przed którym chciał zaprezentować cały swój aktorski blask, nie pojawia się. Aktor rozmawia więc z jego aroganckim asystentem. Między niegdysiejszą wielkością a śmiesznością petenta jest cienka granica. Fronczewski tej granicy nie przekracza. Grzegorz Damięcki w roli nonszalanckiego ignoranta balansuje między lekceważeniem a współczuciem. Fronczewski niewątpliwie w tym pojedynku z cieniem zwycięża. A jego bohater?

Hanna Karolak, Gość Niedzielny nr 11/17.03

FRUSTRACJA

Piotr Fronczewski zabrał głos. W przedstawieniu, które wyreżyserował i w którym zagrał główną rolę, tudzież w serii wywiadów z okolic premiery wyrąbał wszystko, co myśli o starym teatrze, który ukochał, o jego historii, tradycji, odwiecznych obyczajach – i o barbarii teatru nowego, który to odrzuca. Był w tym bez wątpienia szczery. Żal tylko, że owa szczerość, ufundowana na schematach, uproszczeniach i złości, mogła wprawić, podejrzewam, w konfuzję nawet zaprzysięgłych wyznawców podobnych poglądów. Nie mówiąc już o tych, którzy obserwując bijatyki „starych” z „młodymi” w teatrze, stronią od przywdziewania kibicowskich szalików.

„Ja, Feuerbach”, sztuka Tankreda Dorsta sprzed trzydziestu lat, to rzecz o cudzie, wariactwie i okrucieństwie aktorstwa. Stary aktor stawia się do teatru na coś w rodzaju przesłuchania. Ma zaprezentować swój kunszt przed reżyserem, który być może będzie miał dla niego rolę. Ale reżysera nie ma na widowni, jest tylko asystent. Wobec asystenta zatem mistrz prezentuje pawi ogon. Bawi anegdotami, demonstruje bezbłędny warsztat, jego popisy są olśniewające. W pewnej chwili kładzie się jednak na nich cień rozgoryczenia upokarzającą sytuacją. Wstępne dusery ustępują miejsca gorzkim przytykom. Aktor z chwili na chwilę miesza się, gubi, denerwuje. W którymś momencie jest już jasne, że siedmioletnia pauza od ostatniego występu nie wzięła się znikąd, że była tam długa kuracja w zakładzie psychiatrycznym. I jasne jest też, że z angażu nici, że kolejny cios będzie nieunikniony.

Fronczewski wymyślił, że jego inscenizacja będzie czymś na wzór testamentu, bo pan Feuerbach jest w fazie schyłkowej. Ale chcę go przedstawić – mówił w wywiadzie – przede wszystkim jako człowieka arcywrażliwego, ze świadomością artystyczną, z zasobem wiedzy o teatrze i „wizją, którą przyjmuje z najwyższą pokorą”. Świadomie przeżywa teatr i swoją obecność na scenie. Jest cichy, pełen pokory, niepozorny. Nie do rozpoznania w ulicznym tłumie. Ma jednak wyobraźnię, wnętrze, wrażliwą duszę, jest niemal obdarzony metafizyczną poświatą. Stara się mówić o metafizyce przedstawicielowi nowego myślenia o teatrze, a mówiąc wprost – barbarzyńcy. Młodemu, ironicznemu, pogardliwemu człowiekowi, który odmawia Feuerbachowi racji bytu. Reprezentuje to pokolenie, które odrzuca historię teatru, tradycję, obyczaje. W innym wywiadzie wskazanie winnego brzmiało jeszcze mocniej: Asystent reżysera i dyrektora teatru, pana Lettau, to młody człowiek będący wyznawcą nowej myśli teatrologicznej, z którą nie zawsze się zgadzam. Feuerbach jest ze starego świata, niepotrzebnego, groteskowego, jest kimś zbędnym, śmiesznym dla młodych wilków wkraczających do teatru. Asystent jest arogancki, pewny siebie, pozbawiony znajomości tradycji i obyczaju teatralnego, szacunku dla samego teatru.

Hm! Byłbym ostatnim, któremu by się chciało podpowiadać linię obrony postponowanemu asystentowi. Przykładów kompromitującej ignorancji najmłodszych twórców dalibóg mam po dziurki w nosie na co dzień. Siedząc na widowni Ateneum z głupią nadzieją, czekałem jednak, że Grzegorz Damięcki nie zdzierży, zatrzyma akcję i w imieniu swej postaci syknie: Drogi panie F. Ja panu współczuję, ale niechże pan wejdzie w moje położenie. Ja nie jestem żadnym „wyznawcą nowej myśli teatrologicznej”, skąd coś takiego panu w ogóle przyszło do głowy? Jestem w teatrze, owszem, trochę z przypadku, jestem od przynoszenia kawy i od paskudnych zadań. To pan Lettau kazał mi pana spławić! Tak, pan Lettau, dyrektor, artysta z pańskiego pokolenia, z pańskiego „starego świata”, ceniony, z nazwiskiem. Pracowaliście razem w Hanowerze. On pana zaprosił na przesłuchanie, po czym nawet nie pofatygował się, żeby podać panu dłoń, wysłał mnie, młodego, który szefowi nie ma prawa odmówić. Tymczasem pan nawet nie raczy zauważyć jego grubiaństwa, winiąc mnie za wszystko, a ja tylko kombinuję, jak wybrnąć z tej nieprzyjemnej – dla mnie też, proszę mi wierzyć – sytuacji. Panie F! Naprawdę jest pan pewny, że to właśnie ja odpowiadam za to, co pana dziś spotyka?

Piotr Fronczewski w moim życiu widza teatralnego pojawił się saltem w przód. Miał na nogach łaciate portki Truffaldina, a na głowie jeszcze wszystkie włosy. Było to jakieś czterdzieści lat temu we Współczesnym, w „Królu Jeleniu” Carla Gozziego w reżyserii Giovanniego Pampiglionego, bodaj najlepszej na polskiej scenie realizacji commedii dellarte.

Od początku było jasne, że to sceniczna osobowość. Znakomity technik z wrodzonym poczuciem formy, predestynowany do groteski, chłodny, z charakterystycznym matem w głosie, kiedy trzeba ciepłym, kiedy trzeba metalicznie lodowatym. W latach siedemdziesiątych grał w teatrze wielkie role, ale obecny też był na estradzie, w kabarecie. Popularność nadętej postaci w cylindrze wykreowanej u Olgi Lipińskiej wyszła mu bokiem w Dramatycznym, kiedy krytyka kpiła, że „pan Piotruś gra Hamleta”. Niesprawiedliwie; pamiętam do dziś tamtego księcia Danii, inteligenta siedzącego na jakimś schodku i mówiącego Być albo nie być jak najintymniejsze i krystalicznie logiczne gadanie z samym sobą. Obok były wielkie kreacje Henryka w „Ślubie”, Filipa w „Iwonie…”, Szarma w „Operetce”, z groteskową retoryką Witolda Gombrowicza aktorowi było najwyraźniej po drodze.

Aliści potem przyszły chorobliwie chude lata osiemdziesiąte z przelotnym spotkaniem z Grzegorzewskim (Mackie Majcher w „Operze za trzy grosze”) i rolą u Dejmka w „Portrecie” Mrożka zrobioną w tydzień, jako zastępstwo. W latach dziewięćdziesiątych był tylko Pchełka w „Antygonie w Nowym Jorku” Głowackiego, patetyczny Wojewoda w „Mazepie” i popisowy Cyrano de Bergerac. W wieku dwudziestym pierwszym nastąpiło wspaniałe zwieńczenie: rola-arcydzieło, Edyp w spektaklu Holoubka. Więc duże, istotne, milowe role, ale co cztery, pięć lat A poza tym jakieś głupstwa, mało ważące, acz angażujące na długo. „Edypa” z 2004 roku dawno już nie ma w repertuarze. Za to wcześniejsza „Kolacja dla głupca” nie schodzi z afisza Ateneum i to ją Fronczewski do pary najpierw z Pszoniakiem, a potem z Tyńcem tłucze na scenie już dwanaście lat.

Żeby było jasne: granie farsy to nie jest żaden zarzut. Ten gatunek sztuki scenicznej zasługuje na szacunek, jeśli jest dobrze zrobiony, a Głupiec był zrobiony dobrze, przynajmniej wtedy, dwanaście lat temu; nie wiem, jak jest z jego kondycją teraz. Niczego uwłaczającego w farsie nie ma. Ja tylko upraszam mistrza, by zechciał nieco oszczędniej ciskać gromy na nowe pokolenie, które odrzuca historię teatru. Albowiem to straszne pokolenie ma narzędzia, którymi łatwo może sobie ową historię „wyklikać” choćby w zakresie ostatnich dekad. I co będzie, gdy odkryje tam pokłady białych plam? Pustych sezonów? Obciążających, rzecz jasna, konto nie tylko rodzimych Feuerbachów, ale przede wszystkim rówieśnych im panów Lettau, reżyserów i szefów scen. To ich gnuśności – albo łagodniej: pogubieniu – zawdzięczać należy fakt, że barbarzyńcy lat dziewięćdziesiątych brali rząd scenicznych dusz nieledwie walkowerem, ścigani jedynie zaklęciami o konieczności szacunku dla historii, tradycji, obyczajów. Nie zaś przedsięwzięciami scenicznymi zdolnymi wejść w artystyczne szranki! Holoubkowski „Edyp”, gdy powstał, cieszył się powszechnym uznaniem, również wśród „młodych wilków”. Tylko ile takich „Edypów” znajdzie się w dorobku tamtych lat?

Feuerbacha dwadzieścia pięć lat temu wprowadził na polską scenę Tadeusz Łomnicki. Piotr Fronczewski mówi dziś o tym z wyraźnym dystansem: miałem wówczas wrażenie, że Tadeusz zagrał coś, co nazwałbym prezentacją własnej maestrii, wielkości, wirtuozerii. To był raczej „ja, Łomnicki” niż „ja, Feuerbach”.

Nieco inaczej to zapamiętałem. Oczywiście u Łomnickiego element popisu był właściwie obecny zawsze, nieodmiennie. Aliści aktor, też będący reżyserem widowiska, kładł nacisk na cudowne piękno tej świątyni szaleństwa, jaką jest teatr. Mając do dyspozycji ogromną scenę Dramatycznego, prześwietlał ją nieoczekiwanymi smugami reflektorów. Kazał maszynistom dźwigać przez całą przestrzeń zwinięty horyzont, jakby bawiąc się czysto geometrycznym kształtem wielkiej, ugiętej rury. Tworzył oszczędne, acz wyraziste obrazy mistycznego miejsca, w którym był bezwzględnie u siebie, z całym prestidigitatorskim kunsztem wyczarowywania z niczego, czystym aktorskim gestem gromady nieistniejących ptaków. A gdy w finale boso i zwiewnie, tak, zwiewnie, przy całej słoniowatości sylwetki zbiegał ze sceny, mieliśmy apoteozę. Nie klęskę w castingu na rolę.

Wolę takie czytanie sztuki Tankreda Dorsta niż to, które zaproponował młodszy o ćwierć wieku interpretator – choć oczywiście nowej wizji także nie brakuje scenicznej mocy. Wykonawca roli Feuerbacha jest wystarczająco wspaniałym aktorem, by owej cichej pokorze inteligentnego, obrażanego przez świat wrażliwca nadać przejmujący, chwilami wręcz rozdzierający ton. Tu nie o maestrię zawodu chodzi. Tylko o sens. O to, że Piotr Fronczewski, na którego sceniczną obecność pokolenia miłośników teatru zawsze czekały i czekają (zżymając się, że jest tak rzadka i bywa tak błaha), wystawił i zagrał spektakl po to, by się poskarżyć. Jego skarga była, jako się rzekło, szczera. Ba, z pewnego punktu widzenia uprawniona, chociaż jej nielogiczności starałem się wykazać. Nie ma to znaczenia. Wygląda bowiem na to, że skarga na własny los wykrzyczana wprost, wyłożona odbiorcy na łopacie, nigdy nie jest w sztuce nośna. I bywa okrutnie karana – wzruszeniem ramion.

Jacek Sieradzki, Odra nr 4/04.2013

JA, FRONCZEWSKI

Tadeusz Łomnicki wystawiając w 1988 r. sztukę Dorsta w stołecznym Teatrze Dramatycznym zagrał właściwie monodram, w którym rola pozostałych wykonawców była drugorzędna. W środowisku teatralnym plotkowano nawet, że mistrz na próbach reżyserując sam siebie nie daje pograć innym. On – wówczas wielki jak nigdy przedtem i skonfliktowany już z niektórymi teatrami warszawskimi – dawał popis klasy mistrzowskiej, imponując techniką aktorską na niespotykanym poziomie. Do dziś mam w pamięci scenę, w której pokazywał, jak spada uschnięty liść. Sala zamieniała się w słuch, kiedy ciągnął tę swoją onomatopeję szszsz… Piotr Fronczewski (też reżyser przedstawienia) dopuszcza do głosu asystenta reżysera, który nie tylko go słucha – w zastępstwie pierwszego reżysera – ale prowadzi z nim dialog o teatrze. Ściślej – o dwóch różnych teatrach. Asystent, trochę przypadkowo znalazłszy się w branży, nie zna wielu osiągnięć współczesnego teatru, w tym ról samego Feuerbacha. To reprezentant nowej generacji, odnoszącej się bez atencji do osiągnięć poprzedników. Bohater Fronczewskiego nie popisuje się przed nim; chce tylko udowodnić swoją przydatność. Oddał się swej profesji bez reszty, przekroczył pewną granicę, za którą zaczyna się, co właściwie? może już szaleństwo… Teraz jest gotów nawet się upokorzyć, by wrócić na scenę.

Piotr Fronczewski, wybitny aktor, który od niepamiętnych czasów nie dostał roli na miarę swego talentu, choć nigdy nie znalazł się w tak trudnym położeniu, gra poniekąd siebie i jest nieodparcie wzruszający. Co udziela się widowni tłumnie wypełniającej salę Ateneum na kolejnych popremierowych spektaklach.

„Ja, Fronczewski”, Zdzisław Pietrasik, Polityka nr 7/2013