NAJBLIŻSZE SPEKTAKLE

2024-04-16 19:00 Wyprzedane

MOJE ATENEUM to cykl spotkań-rozmów z aktorami Teatru Ateneum.
Rozmawiamy o historii naszej sceny, przypominamy największe kreacje aktorskie, próbujemy uchwycić specyfikę Ateneum we wspomnieniach i anegdocie.

16.04.24 MOJE ATENEUM: Anna Seniuk

Niełatwo było namówić ją na spotkanie. Jest jedną z najważniejszych postaci polskiego teatru i filmu ostatnich dekad i wciąż dostaje dowody już nie sympatii, a uwielbienia publiczności. Mimo to nigdy nie próbowała ściągać na siebie uwagi. Stroniła od wszystkiego, co modne i przynoszące rozgłos, szła własną drogą, lekceważąc trendy i mody. Powie ktoś, że była odrobinę niedzisiejsza w swoim zamiłowaniu do klasyki, miłości do Fredry oraz rygorystycznym trzymaniu się reguł na pozór tylko akademickiego warsztatu. Może i trochę tak było, ale mamy pewność, słysząc podobne słowa, że  jedynie uśmiechnęłaby się lekko. Cała jej zawodowa i życiowa droga jest dowodem wierności sobie i własnemu traktowaniu swego posłannictwa. Tyle że nie opowiada o tym chętnie. Po prostu alergicznie reaguje na zbyt patetyczne słowa.

Oto Anna Seniuk – można byłoby powiedzieć i na tym poprzestać, bo wszystko wydaje się jasne. Klasa, styl, skrajny profesjonalizm, zamiłowanie do polskiej nienagannej frazy, niezwykłe poczucie humoru i pełna paleta aktorskich barw. 

Gigantyczną popularność przyniósł Jej serial “Czterdziestolatek”. Kino dawało jej wyzwania w rodzaju “Panien z Wilka” Andrzeja Wajdy, ale najważniejsze swoje miejsce zawsze widziała w teatrze. Zaczynała w krakowskim Starym, grając u największych – Konrada Swinarskiego, Zygmunta Hübnera, Jerzego Jarockiego. Jej pierwszym teatralnym warszawskim adresem stało się Ateneum, gdzie za pierwszym razem spędziła pięć sezonów. Występowała wówczas w przedstawieniach m.in. Jana Świderskiego, Janusza Warmińskiego, Macieja Prusa. Potem trafiła na Pragę do Teatru Powszechnego, by następnie na dłużej zakotwiczyć w Polskim pod skrzydłami Kazimierza Dejmka. Do Ateneum wróciła u progu lat dziewięćdziesiątych, z miejsca stając się jednym z punktów odniesienia dla całego zespołu. Grała u Kazimierza Kutza, Tadeusza Konwickiego, Waldemara Śmigasiewicza, Krzysztofa Zaleskiego. Stworzyła wspaniały duet z Janem Matyjaszkiewiczem w sztuce “Przychodził mężczyzna do kobiety”, reżyserowanej przez Tomasza Zygadłę. On też obsadził Annę Seniuk w słynnej roli pani Dulskiej; przedstawienie długo cieszyło się niesłabnącym powodzeniem.

Od roku 2003 można oglądać Ją w Teatrze Narodowym, ale sama przyznaje, że chętnie wraca do czasów, gdy współtworzyła scenę przy Jaracza.

Spotkanie z Anną Seniuk w cyklu “Moje Ateneum” odbędzie się 16 kwietnia o godzinie 19. Rozmowę poprowadzi Jacek Wakar.

Zapraszamy!

05.03.24 MOJE ATENEUM: Katarzyna Łochowska

Był rok 1993, dokładnie październik. Gdy w Teatrze Szkolnym PWST przy Miodowej odbywała się premiera dyplomowego spektaklu IV roku wydziału aktorskiego, nikt nie spodziewał się, że właśnie rodzi się jeden z największych przebojów warszawskiego sezonu. “O beri, beri” według “Matki” Witkacego wyreżyserował Wiesław Komasa, a zagrali ówcześni dyplomanci. Całkiem niezłe to było towarzystwo – m.in. Agata Kulesza, Małgorzata Kożuchowska, Zina Kerste, Bartosz Opania, Norbert Rakowski, Hubert Urbański. I ona – Katarzyna Łochowska. Za swoją rolę Matki dostała nagrodę na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. I trafiła do Teatru Ateneum.

Zaczęła od gościnnego występu w “Operze za trzy grosze” w reżyserii  Krzysztofa Zaleskiego a potem postanowiła zostać na dłużej. To dłużej trwa już nieprzerwanie trzy dekady. Katarzyna Łochowska, bo o Niej mowa traktuje Ateneum jak swój dom. Zagrała tu kilkadziesiąt ról, poczynając od Tadeusza Konwickiego autora (“Czytadło”) i reżysera (“J.B. i inni”). A potem przyszły występy w spektaklach  Roberta Glińskiego,  Andrzeja Pawłowskiego, Wojciecha Adamczyka, Agnieszki Glińskiej, Barbary Sass i wielu innych. 

Katarzyna Łochowska nie wyobraża sobie życia bez Ateneum i trudno wyobrazić sobie scenę na Powiślu bez pełnej delikatności i wrażliwości aktorki. Zna tu każdy kąt i zakamarek, pamięta każdego i o wszystkich. Również tych, których nie widać, ale nie może obyć się bez nich żadne przedstawienie.

Jest dobrym duchem Teatru przy Jaracza, o czym zaświadczy każdy, kto za kulisami Ateneum bywa. 

Katarzyna Łochowska wspaniale śpiewa, więc brała udział w zdecydowanej większości „muzycznego Ateneum”, swoistego znaku formowego teatru na Powiślu, o czym na pewno opowie. To będzie piękny, jedyny w swoim rodzaju czas!

Zapraszamy 5 marca o godzinie 19. Rozmowę poprowadzi Jacek Wakar.

6.02.24 MOJE ATENEUM: Grażyna Barszczewska

Od ponad dwunastu lat zaprasza na Scenę na Dole im. Wojciecha Młynarskiego do Teatru Ateneum na niezwykły wieczór. Trochę to jest kabaret w nieco przedwojennym duchu, trochę seans muzyczny, a trochę rewia pure-nonsensownych żartów w najbardziej wyrafinowanym stylu. “Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” – bo o tym przedstawieniu mowa – żywią się również wyimkami z biografii autorki i bohaterki, a także piosenkami autorstwa jej męża Jerzego Jurandota. Publiczność Ateneum pokochała ten niewielki spektakl, niektórzy z widzów przychodzą nań po wiele razy. Nie byłoby tego wieczoru, gdyby nie nadzwyczajna para – Grażyna Barszczewska i Grzegorz Damięcki. To właśnie Ona do “Scen…” stworzyła scenariusz, otrzymawszy uprzednio błogosławieństwo samej Stefanii Grodzieńskiej. “Jak z tych moich kawałków można coś zrobić na scenę, to proszę bardzo korzystać. Zapraszam się na premierę” – tak dokładnie brzmiały słowa humorystki. Grażyna Barszczewska poczuła się nimi namaszczona, a jak ogromna ciąży na nie odpowiedzialności poczuła dopiero po odejściu Pani Stefanii. Wciąż jednak wraz z Grzegorzem Damięckim wskrzeszają Ją w Ateneum.

Dla wybitnej Aktorki “Sceny niemalże małżeńskie” to powrót do teatru na Powiślu po niemal trzydziestu latach. W międzyczasie grała tu jeszcze swój recital “Kobieta”, ale ze sceną przy Jaracza najściślej związana była przez lata jedenaście, od roku 1972. Do Ateneum przyszła z Krakowa, gdzie w PWST studiowała, wyrzucona ze szkoły warszawskiej (Jest Pani za delikatna na aktorkę – usłyszała), a potem grała na deskach teatrów Słowackiego i Ludowego. Kiedy znalazła się w Warszawie, swe kroki skierowała do Ateneum, do dyrektora Janusza Warmińskiego. I zadebiutowała w jego znakomitej “Kuchni” u boku m.in. Andrzeja Seweryna, Jerzego Kamasa i Romana Wilhelmiego, który stał się na lata jej ulubionym partnerem na scenie i na ekranie. Można wyliczać ich duety, ale przywołajmy jedynie ten uwielbiany przez szeroką widownię – w serialu “Kariera Nikodema Dyzmy”.

Przez bogatą w wydarzenia artystyczne dekadę Barszczewska zagrała w legendarnych spektaklach Ateneum, choćby “Ameryce” i “Bloomusalem” Jerzego Grzegorzewskiego, “Fantazym” i “Tragicznym dziejach doktora Fausta” Macieja Prusa, “Żeglarzu” Bogdana Hussakowskiego, “Ślubach panieńskich” Jana Świderskiego, “Balu manekinów”, “Pannie Tutli-Putli” i “Tryptyku listopadowym” Janusza Warmińskiego. Była jedną z najważniejszych postaci absolutnie wyjątkowego w owych czasach zespołu.

Dziś Grażyna Barszczewska, od czterech dekad związana z warszawskim Teatrem Polskim, wciąż bardzo lubi wracać do Ateneum. Zawsze powtarza, że w swych rolach chce nie grać, a być – prawdziwie być – swymi bohaterkami. Nawet wtedy, gdy są jej odległe, gdy nie czuje do nich szczególnej sympatii. I po setkach wspaniałych kreacji wciąż pamięta słowa Gustawa Holoubka, powtarzającego, że aktorzy muszą kochać swój zawód, wykonywać go najszlachetniej, ale nigdy nie zapominać, że nie są pępkami świata, bo nikt nim nie jest.

Bohaterką kolejnego spotkania w cyklu “Moje Ateneum” będzie Grażyna Barszczewska.

16.01.24 MOJE ATENEUM: Dorota Nowakowska

Choć nie ma na to twardych dowodów, wszystko wskazuje na to, że od początku swojej artystycznej drogi była skazana na Teatr Ateneum. Skazana? A może lepiej byłoby powiedzieć, że Teatr Ateneum wybrał Aktorkę, a ona odwzajemniła mu się najpiękniej jak to było możliwe. I robi to nadal, bowiem w zespole sceny na Powiślu jest od początku, od 1987 roku, gdy skończyła warszawską PWST.

Wybrał ją Teatr Ateneum, jak powiedzieliśmy, a dokładnie mówiąc Aleksandra Śląska. Wielka Aktorka, pierwsza gwiazda Ateneum w owym czasie, była jedną z najważniejszych profesorek jej roku. Wyreżyserowała z nim dyplomowe “Lato” według sztuki Tadeusza Rittnera, które – a to wcale nie było normą – zostało premierowo pokazane nie w sali przy Miodowej, a na scenie przy Jaracza. Śląska zaproponowała grupie studentek i studentów angaż, a skorzystali z niego Agnieszka Pilaszewska, Katarzyna Miernicka, Arkadiusz Nader, Tomasz Kozłowicz. 
I Dorota Nowakowska, bo o Niej od początku mowa. 

Szkołę przy Miodowej odebrała jedyną w swoim rodzaju, bowiem jej nauczycielem był również Tadeusz Łomnicki. On właśnie wyreżyserował na dyplom “Stracone zachody miłości” Szekspira, a Dorota Nowakowska zagrała w nich wysoko ocenioną rolę Żakinetty. Po czym trafiła do Ateneum. Choć trudno w to uwierzyć, minęło od tej chwili ponad trzydzieści lat. Choć równie trudno byłoby uwierzyć w Teatr Ateneum ostatnich dekad bez Nowakowskiej. Na szczęście nie trzeba tego robić. Jest bowiem Kimś w zespole wyjątkowym, szczególnie lubianym i i obdarzanym zaufaniem. Prawdziwym dobrym duchem sceny przy Jaracza. 

Zagrała tu dziesiątki ról w spektaklach m.in. Wojciecha Młynarskiego (niezapomniany “Hemar”), Krzysztofa Zaleskiego, Barbary Sass, Macieja Wojtyszki, Andrzeja Domalika, Tadeusza Konwickiego. Szczególne znaczenie miały dla Niej spotkania przy pracy z dyrektorem Gustawem Holoubkiem, który ogromnie cenił Jej talent. Podobnie jak w ostatnich latach Mikołaj Grabowski, obsadzający Dorotę Nowakowską we wszystkich realizowanych w Ateneum produkcjach. 

Ateneum to Jej baza, miejsce najważniejsze, a szeroką popularność dały Aktorce seriale z “Plebanią” i “Ranczem” na czele. Nie lubi opowiadać o sobie, dlatego tym bardziej miło nam poinformować, że bohaterką styczniowego spotkania w cyklu “Moje Ateneum” będzie właśnie Dorota Nowakowska. Początek 16 stycznia o godzinie 19. Rozmowę poprowadzi Jacek Wakar.

12.12.23 MOJE ATENEUM: Andrzej Seweryn

Mówisz – Seweryn, Andrzej Seweryn i myślisz, że wszystko jasne. Od dekad w najbardziej ścisłej czołówce największych polskich aktorów, legendarny Maks Baum z “Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy, jeden z najbardziej zaprawionych w bojach jego towarzyszy. Wiele lat spędził we Francji, dochodząc tam do szarż cudzoziemcom niedostępnych. Dość powiedzieć, że był trzecim w liczącej trzy wieki historii Comedie Francaise członkiem (societaire) jej zespołu pochodzącym spoza ojczyzny Moliera. Dziś jest zaś członkiem honorowym. 

Do Francji trafił na początku lat 80., zaproszony do udziału w reżyserowanych przez Wajdę “Onych” Witkacego. Gdy w kraju wybuchł stan wojenny, postanowił zostać. Wcześniej jednak odebrał bardzo porządne wychowanie obywatelskie pod skrzydłami Jacka Kuronia i artystyczne w warszawskiej PWST. Brał czynny udział w protestach po zdjęciu “Dziadów” Kazimierza Dejmka w 1968 roku, kilka miesięcy później aresztowano go za druk i kolportaż ulotek potępiających interwencję wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji.

To wszystko buduje obywatelską postawę wybitnego Aktora, ale nas interesują jego artystyczne losy. A są one, przynajmniej w pierwszej dekadzie (z okładem) pracy związane z Teatrem Ateneum. Seweryn trafił do Teatru na Powiślu zaproszony przez dyrektora Janusza Warmińskiego, ten zaś stał się dla niego jednym z punktów odniesienia – na całe życie. Dość powiedzieć, że zdjęcie pierwszego Szefa zabiera ze sobą wszędzie – czy to do garderoby w Komedii Francuskiej, czy do gabinetu dyrektora Teatru Polskiego w Warszawie, którą to funkcję już od dawna pełni.

Pierwszą premierą Seweryna w Ateneum, zagraną jeszcze podczas studiów, byli “Niemcy” Kruczkowskiego w reżyserii dyrektora Warmińskiego. Był rok 1967. I od tej pory przez lat dwanaście zagrał Seweryn w Ateneum kilkadziesiąt ról w spektaklach m.in. Kazimierza Dejmka, Macieja Prusa, Jerzego Grzegorzewskiego, Ryszarda Peryta, Wandy Laskowskiej i oczywiście samego Warmińskiego. Szybko stał się też pierwszoplanową postacią w naszpikowanym osobowościami zespole Ateneum. Bohaterem kolejnego spotkania w cyklu “Moje Ateneum” 12 grudnia o godzinie 19 będzie Andrzej Seweryn. Rozmowę poprowadzi Jacek Wakar.

17.10.23 MOJE ATENEUM: Ewa Wiśniewska

Zawsze podkreśla, że w teatrze jest i tak było od zawsze, a w kinie albo telewizji tylko bywa, tak przy okazji. Bo teatr uczy aktora wszystkiego, co ważne – dyscypliny, kindersztuby, pokory. Jej dyplomem w warszawskiej szkole teatralnej była “Opera za trzy grosze” Brechta i Weilla w reżyserii prof. Aleksandra Bardiniego. Zagrała Polly Peachum. Był rok 1963, zatem na scenie spędziła już jakiś czas. A bez mała połowę tych lat w Teatrze Ateneum, bo do jego zespołu należała przez ponad ćwierć wieku. Przyszła w roku 1983 roku, odeszła czternaście lat temu i dzisiaj można ją oglądać nieopodal, w Narodowym. Jednak podkreśla bez najmniejszej kokieterii, że to Ateneum zajmuje w jej sercu szczególne miejsce.

Ewa Wiśniewska – bo o niej oczywiście mowa – jest aktorką nie do podrobienia. I choć nigdy o to nie zabiegała, gwiazdą w najlepszym tego słowa, dawnym znaczeniu. W Teatrze Ateneum zagrała kilkadziesiąt ról m.in. w przedstawieniach Gustawa Holoubka, Janusza Warmińskiego, Kazimierza Kutza, Macieja Wojtyszki, Krzysztofa Zaleskiego, Barbary Sass. Z Gustawem Holoubkiem poznała się na planie filmu “Prawo i pięść”, w Ateneum uwielbiała, gdy ją reżyserował i kiedy mogła mu partnerować. Jej ulubionymi partnerami, z którymi pracowała najwięcej, byli nieżyjący już niekwestionowani mistrzowie Jerzy Kamas i Leonard Pietraszak, ale największe wrażenie zrobiła Wiśniewskiej wielka Aleksandra Śląska, nazywana przez aktorkę pieszczotliwie Oleńką. Przed laty partnerowała jej jako Renee w “Madame de Sade” Mishimy, reżyserowanej przez samą Śląską. W kolejnej inscenizacji znakomitego dramatu japońskiego pisarza, jaką w teatrze na Powiślu przygotowała Ewelina Pietrowiak, przypadła jej już rola Markiza de Montreuil, wtedy grana przez Śląską. Postać ta na dobre zrosła się z Ewą Wiśniewską. Zagrała ją jeszcze raz w Teatrze Narodowym w spektaklu realizowanym przez Macieja Prusa. 

Lubi powtarzać zdanie wielkiej Marii Callas “przeciętność w sztuce jest nie do wybaczenia”. Dlatego i w teatrze i w życiu lubi różne barwy – czasem pastelowe, a czasem ostrą czerwień albo smutny niebieski. Ewa Wiśniewska będzie bohaterką kolejnego spotkania w cyklu “Moje Ateneum” 17 października o godzinie 19. Rozmowę poprowadzi Jacek Wakar.

26.09.23 MOJE ATENEUM: Przemysław Bluszcz

W “To wiem na pewno” – największym w ostatnich sezonach przeboju Teatru Ateneum – z pozoru wszystkie reflektory skierowane są na Agatę Kuleszę, gdyż od jej bohaterki w dramacie Simona Bovella i przedstawieniu Iwony Kempy zależy najwięcej. On zaś wciela się w rolę Janka, męża i ojca czworga dzieci. Gdy wracają do domu, eksploduje radością. Biega po kuchni, a potem proponuje podwózkę gdziekolwiek trzeba. Janek na pierwszy rzut oka wydaje się kwintesencją mężczyzny, ostoi rodziny, co to przytuli, wysłucha, ale i zadba o ogród i naprawi kran w łazience. Po niedługim czasie okaże się jednak, że w tym obrazie są rysy, że jego unormowany świat wali się w gruzy. I Janek znajduje sobie ostateczną twardość, by ratować co się da. I nie sprzeniewierzyć się zasadom. My zaś mokrymi od łez chusteczkami ocieramy oczy.  Janka gra Przemysław Bluszcz, w zespole Ateneum od 2009 roku. Gra go absolutnie przejmująco, ale bez patosu, małymi literami. Wspaniała rola nie mogła zaskoczyć obserwujących Aktora, bo przecież nie od wczoraj wiemy, że Bluszcz to Ktoś Wyjątkowy. A przy tym mistrz aktorskiej ascezy.

W “Alicji w Krainie Snów” wciela się w Kota z Chesire i robi to jakoś tak, iż najpierw jest słynny uśmiech, a dopiero potem kot, a jeszcze później Bluszcz. W “Misji Młynarski” śpiewa piosenki klasyka Teatru Ateneum inaczej niż wielcy poprzednicy, nie do zapomnienia. Jako Gombrowicz w “Trans-Atlantyku” wyreżyserowanym przez Artura Tyszkiewicza rozumie i waży każde słowo swego bohatera. Jest w nim zarówno ironia, jak przerażenie światem. 

Powiedział kiedyś, że jego ojczyzną jest teatr. Najpierw legnicki, imienia Modrzejewskiej, gdzie na zaproszenie dyrektora Jacka Głomba trafił jeszcze jako student wydziału lalkarskiego wrocławskiej PWST.  Został w Legnicy ponad dekadę, stając się jedną z najważniejszych postaci Drużyny Modrzejewskiej, jak swój zespół nazywa Głomb. Zagrał w legendarnych spektaklach, z którym zjeździł cały kraj, by wymienić choćby “Balladę o Zakaczawiu”, “Złego”, “Made in Poland” i “Osobistego Jezusa”. Kiedy zaś poczuł, że trzeba mu nowej drogi, przyszło szczególne zaproszenie. Od Izabelli Cywińskiej, z Ateneum.
Nie zastanawiał się zbyt długo. Aktorstwo to zawód wędrowny – powtarza z przekonaniem.

Dziś z zespołem Ateneum czuje szczególną więź, czując się współodpowiedzialny za to miejsce. Grał w spektaklach m.in. Marka Fiedora, Mikołaja Grabowskiego, Agaty Dudy-Gracz, Magdy Miklasz, Izabelli Cywińskiej, Artura Urbańskiego, Artura Tyszkiewicza. W tym sezonie zrealizował kolejne wyzwanie – wyreżyserował “Znieważonych”, monodram Dariusza Wnuka na podstawie książki Sandora Maraiego. 

Wgryzł się w Warszawę, grywał gościnnie poza Ateneum, choćby tytułową postać w musicalowej “Karierze Nikodema Dyzmy” Wojciecha Kościelniaka na deskach Syreny. Nie narzeka na brak propozycji filmowych, szeroką popularność dał mu czarny charakter z serialu “Leśniczówka”.
A w wolnym czasie słucha muzyki, jak mówi, w każdej emanacji. Zbiera ją, wie o niej bardzo dużo. Dla znajomych jest w tej dziedzinie absolutnym autorytetem. Albo ogląda mecze piłkarskie albo smakuje czas, tak po prostu, przy dobrej kawie tu albo ówdzie. Nie bez przyczyny jest znakomitym interpretatorem prozy. I nieprzypadkowo jednym z jego ulubionych bohaterów jest detektyw Philip Marlowe z książek Raymonda Chandlera. Mężczyzna uczciwy, choć czasem zbrukany. Mężczyzna – po prostu.

W czasie, gdy męskość w teatrze i poza nim stała się towarem deficytowym, Przemysław Bluszcz wypełnia jakąś lukę.

30.05.23 MOJE ATENEUM: Jerzy Kryszak

Dziś Jerzy Kryszak kojarzy się jednoznacznie – jest jednym najlepszych w Polsce, o ile nie po prostu najlepszym, specjalistą od rozśmieszania publiczności. Robi to na najróżniejsze sposoby – w kabarecie, we własnych stand-upach. Jednak korzenie znakomitego aktora tkwią w teatrze. Ukończył krakowską PWST, a potem trafił do Teatru Słowackiego pod reżyserskie skrzydła Krystyny Skuszanki, Jerzego Krasowskiego, a przede wszystkim Jerzego Golińskiego, jednej z najbardziej malowniczych postaci teatralnego Krakowa. A kiedy przeniósł się do Warszawy, było już tylko Ateneum. Jego artystyczny dom. 

“Stolarz pan Olek, garderobiani panowie Jasiu i Rysiu. I On. Jedyny taki – Janusz Warmiński. I wielcy Aktorzy. Ostatni już tacy. Nazwiska piękne: Świderski, Wołłejko, Śląska, Janda, Kamas, Starostecka, Bursztynowicz, Machalica, Pietraszak, Kociniak, Seweryn, Wilhelmi, Voit, Machowski i wielu innych” – wspomina Jerzy Kryszak na swojej stronie internetowej. W teatrze na Powiślu stworzył wiele fantastycznych ról, z tą najważniejszą – Hamletem. Mawiał, że jak zagrało się Hamleta, można poczuć, że zagrało się wszystko.

Pracował przede wszystkim z dyrektorem Januszem Warmińskim, ale też z Kazimierzem Kutzem, Zdzisławem Tobiaszem i Andrzejem Pawłowskim. W jego inscenizacji “Transatlantyku” okazał się Gombrowiczem wręcz wymarzonym. Z kolei w “Matce” Witkacego wyreżyserowanej przez Warmińskiego był Leonem, scenicznym synem obsadzonej w tytułowej partii Aleksandry Śląskiej.

Pochodzi z Kalisza, a dziś dzieli czas między Polskę i Tajlandię, dokąd ucieka przed pogodą i – jak mówi nie do końca żartobliwie – drożyzną. Po odejściu z Ateneum nie zaangażował się już do żadnego teatru, bo jego serce zostało tu, przy Jaracza.

Na spotkanie z Jerzym Kryszakiem w ramach cyklu “Moje Ateneum” zapraszamy 30 maja o godzinie 19. Rozmowę poprowadzi Jacek Wakar.

4.04.23 MOJE ATENEUM: Marzena Trybała

Dobrze pamięta chwilę, gdy poczuła, czym jest magia teatru. Uczyła się w krakowskim liceum, bo z Krakowa pochodzi, był tam szkolny teatr. Grała w nim wiele ról, między innymi Zosię  w “Weselu” Wyspiańskiego. To było wtedy, gdy w scenie chocholego tańca zapiał kur. Już wiedziała, że to wyznanie trudno porównać z innymi. Po studiach w krakowskiej Szkole Teatralnej namówiona przez opiekuna roku Bogdana Hussakowskiego zdecydowała się wyjechać do Poznania, gdzie w Teatrze Polskim dyrektorował i reżyserował Roman Kordziński. Właściwie nie schodziła ze sceny, przechodząc ze spektaklu w spektakl, z próby w próbę. Wiele z nich inscenizował sam Kordziński, od niego właśnie o zawodzie aktorki nauczyła się najwięcej. Była między innymi Kasią w “Poskromieniu złośnicy” Szekspira, Rachelą i Chochołem w “Weselu”. Kordziński sprawiał, że wymagała od samej siebie jeszcze więcej.Po Poznaniu przyszedł Kraków i Teatr Słowackiego, a zatem powrót do domu, a potem już Warszawa. Wpierw Teatr Narodowy, gdzie przyjmował ją dyrektor Adam Hanuszkiewicz, kolejno Teatr Polski – tam choćby role w “Ryszardzie III” Szekspira inscenizowanym przez Macieja Prusa, a wcześniej w świetnym, choć niedocenionym “Ślubie” Gombrowicza realizowanym przez Tadeusza Minca – i już Ateneum.

Marzena Trybała w zespole teatru na Powiślu jest od 1998 roku. Zagrała tu kilkadziesiąt ról, udowadniając, jak szerokie jest jej aktorskie emploi. Publiczność uwielbiała “Kolację dla głupca”, w pamięć zapadała “Madame de Sade” w reżyserii bardzo jej bliskiej Barbary Sass-Zdort. Była Jokastą w pamiętnym “Królu Edypie”, słusznie uważanym za artystyczną summę Gustawa Holoubka. Nieoczekiwany ton swego aktorstwa ukazała w “Pocałunku” w duecie z Krzysztofem Tyńcem. Potrafi zmienić się nie do poznania, co pokazała choćby w “Shitzu” i we wciąż granym “Kwartecie”, kiedy na scenie przybywa jej lat…Teatr to jej praca i pasja, miejsce, gdzie się spełnia. Wie jednak, że życie jest również gdzie indziej. Uwielbia wypady z miasta, choćby na Mazury. Kocha żeglowanie, ma nawet patent sternika. I kocha chwile wyciszenia, gdy zapomina o świecie. Jest jedną z najpopularniejszych polskich aktorek filmowych i serialowych. Prawdopodobnie też jedyną, która odmówiła występów u Andrzeja Wajdy i Krzysztofa Kieślowskiego. Gdy była jeszcze na studiach mistrz Wajda wytypował ją do głównej roli w “Krajobrazie po bitwie”. Zrezygnowała jednak, nie będąc gotowa na rozbieraną scenę. Kieślowski chciał, by zagrała obiekt westchnień bohatera w “Krótkim filmie o miłości”, ale nie zgrały się terminy, wybrała kręcenie filmu w Niemczech. Ale to Kieślowskiemu zawdzięcza szczególnie dużo. Wystąpiła w trzech jego filmach, pamiętna jest szczególnie jej Werka z “Przypadku”.


14.03.23 MOJE ATENEUM: Artur Barciś

Bohaterem spotkania w cyklu “Moje Ateneum” będzie Artur Barciś. Porozmawiamy o najważniejszych zawodowych spotkaniach, Ateneum wczoraj i dziś, cienkiej granicy między komedią i tragedię, a także o blaskach i cieniach popularności, bo przecież Barciś to także “Ranczo” i “Miodowe lata”. Gospodarzem cyklu jest Jacek Wakar.

Na scenie zadebiutował w roku 1979, a sześć lat później dołączył do zespołu Teatru Ateneum. Uczył się od najlepszych, miał wspaniałe partnerki i partnerów, a dziś sam należy do niekwestionowanych legend teatru na Powiślu. Zagrał tu kilkadziesiąt znakomitych ról, udowadniając, że doskonale czuje się, żonglując konwencjami, żeniąc komedię z tragedią, lirykę z dramatem, delikatność z ostrością.

Publiczność pokochała go w wielu przedstawieniach, wśród których szczególne miejsce zajmuje grane przez wiele sezonów “Burzliwe życie Lejzorka” w inscenizacji Macieja Wojtyszki. Zagrał w nim tytułowego bohatera – everymana, który dziwi się światu i dzięki swej życiowej mądrości (i prostocie) zawsze spada na cztery łapy. 
Publiczność Barcisia kocha, a on nie zwalnia tempa. Nie tak dawno zaskoczył nagradzaną rolą Posła w “Transatlantyku” Gombrowicza, zawierając w niej ekstrakt z dobrze nam znanych i ciągle aktywnych polityków. Jako artysta obdarzony wyjątkowym słuchem nie tylko świetnie śpiewa, ale i reżyseruje muzyczne spektakle. Przekonała się o tym publiczność Ateneum na przykład podczas “3XPiaf”, w którym pokazał trzy twarze wielkiej francuskiej pieśniarki.

O tym, że zostanie aktorem, wiedział już od małego – bodaj był zerówce. Wraz z klasą pojechał do Teatru Mickiewicza w Częstochowie, grali bajkę, a on poczuł, że znalazł się w innym świecie i nie chce go opuszczać. W szkole też była scena – gdy na nią wchodził, zapominał o całym świecie. Smakował to, co każdy aktor lubi szczególnie – poczucie władzy, panowania nad złożoną z kolegów publicznością, wywoływania u nich śmiechu, a czasem zadumy. Dlatego wiedział, że pójdzie do szkoły teatralnej i będzie próbował aż do skutku. Nie musiał, do Łodzi dostał się za pierwszym razem, choć nie wszyscy egzaminatorzy byli jednomyślni. Przeciw był Jan Machulski, który po latach uznał to za swoją największą pomyłkę w życiu pedagoga. 

Artur Barciś dowodzi zatem, że w tym zawodzie liczą się i talent, i pracowitość, i determinacja. Nie zawsze w życiu i w zawodzie wszystko szło mu jak z płatka, a jednak dążył do celu, nigdy z niego nie rezygnując. Uważa bowiem, że każdy jest kowalem własnego losu. A przypadek? Może pomóc skierować sprawy na właściwe tory. Gdyby Krzysztof Kieślowski nie spóźnił się na pociąg i poczekalni warszawskiego Dworca Centralnego nie obejrzał odcinka serialu “Odlot”, w którym grał młody Barciś, zapewne nie zobaczyłby w nim “swojego” aktora, nie obsadziłby go w “Bez końca”, a potem – jako jedynego – we wszystkich odcinkach “Dekalogu”. O to, kim jest grana przez niego milcząca postać, do dziś spierają się widzowie i badacze filmu na całym świecie. 

Zapraszamy 14 marca o godzinie 19.

28.02.23 MOJE ATENEUM: Krystyna Tkacz

Porównywano ją z wielką Ewą Demarczyk. Niski, chropawy głos, bogata, a kiedy indziej ascetycznie powściągnięta ekspresja. W jej wykonaniu po raz kolejny potwierdza się teza, że protekcjonalne traktowanie piosenki aktorskiej to dowód, że ten, kto ją tak traktuje, nie zasługuje, by traktować go poważnie. Bo to jest teatr pełną gębą – rozpisany na trzy, cztery albo pięć minut dramat z własną kulminacją – najczystsze emocje. Ona zaś jest owych emocji wpisanych w piosenkę absolutną mistrzynią. Śpiewała setki utworów, ale najbardziej kojarzy się z Brechtem i Weillem, chociażby fenomenalnym w jej wykonaniu klasycznym songiem “Surabaya Johnny”. Płyta z piosenkami innego klasyka z czasów Republiki Weimarskiej stała się jej przebojem i manifestacją siły. Z powodzeniem wcielała się w kobietę lekkich obyczajów, co stoi pod latarnią i kręci… torbą oczywiście, bo czym miałaby kręcić, aby za chwilę przejmująco opowiadać piosenką o “Oczach Wielkiego Miasta”.  Krystyna Tkacz nie chce jednak, by mówiono o niej wyłącznie jako aktorce śpiewającej. Słusznie, jest bowiem przecież wybitną aktorką dramatyczną i znakomicie czuje się w komediach oraz farsach. Naprawdę nie ma żadnego sensu ustawianie międzygatunkowej hierarchii. 

Nie miała łatwo. Pochodzi z Wrocławia, wychowana przez dziadków. Jej talent muzyczny odkryto już w przedszkolu, podczas lekcji gry na pianinie, ale za pierwszym razem do szkoły teatralnej się nie dostała. Mocno przeżyła porażkę, ale spróbowała znowu – tym razem w Krakowie. W tamtejszej PWST pod wrażeniem jej głosu był sam Marek Walczewski, którego przed zajęciami panicznie się bała.

Po szkole na dłuższą chwilę zatrzymała się w Poznaniu, by na dobre osiedlić się w Warszawie. Pracowała w Rozmaitościach,  Komedii, by na początku lat osiemdziesiątych odnaleźć swe miejsce we Współczesnym. Przy Mokotowskiej zagrała i zaśpiewała przede wszystkim w legendarnych spektaklach muzycznych Krzysztofa Zaleskiego “Mahagonny” Brechta i Weilla oraz “Niech no tylko zakwitną jabłonie” Osieckiej.

Z Zaleskim spotykała się również w Ateneum, które na ponad dwie dekady stało się jej artystycznym domem. Stała się ważną częścią zespołu artystycznego, grając w głośnych spektaklach Agnieszki Glińskiej, Macieja Wojtyszki, Andrzeja Pawłowskiego, Krzysztofa Zaleskiego i wielu innych. A najważniejsze, że choć formalnie jakiś czas temu rozstała się ze sceną na Powiślu, wciąż czuje się tu jak u siebie.

Bohaterką spotkania w cyklu “Moje Ateneum” – jako się rzekło – będzie Krystyna Tkacz. Porozmawiamy o życiowych i artystycznych doświadczeniach, o tym, jak teatr i piosenka w Jej życiu się dopełniały, o podróżach i wszystkim, co nadaje smak naszym dniom. I jeszcze jedno – pani Krystyna obiecała, że zaśpiewa, więc trzymamy za słowo. 

Rozmowę poprowadzi Jacek Wakar. Zapraszamy 28 lutego o 19.00.

24.01.23 MOJE ATENEUM: Maria Ciunelis

W najnowszej premierze Teatru Ateneum – “Alicji w krainie snów” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk i Wawrzyńca Kostrzewskiego – gra… Gąsienicę. Ale to nie jest zwyczajna Gąsienica. Ta z przedstawienia jest kolorowa, z dystansem wobec świata i lekko autoironiczna, może ździebko na haju. Humor jednej z najbardziej niezwykłych bohaterek, jakie w ostatnich miesiącach pojawiły się na warszawskich scenach, opiera się jednak na tęsknocie za przekroczeniem własnych ograniczeń, poszukiwaniu lepszej wersji samej siebie. Wspaniała, pełna różnorodnych barw to rola, którą docenią przede wszystkim obdarzeni wielką wrażliwością i niepoślednim poczuciem humoru. Słowem podobni do Marii Ciunelis, która się tą Gąsienicą w spektaklu Ateneum stała.

Z teatrem na Powiślu Maria Ciunelis związana jest już prawie cztery dekady. Początek miała mocny – za pierwszą główną rolę tu zagraną, kreację głuchoniemej bohaterki “Dzieci mniejszego boga” Marka Medoffa w reżyserii Waldemara Matuszewskiego, dostała najbardziej prestiżowe aktorskie wyróżnienie, czyli przyznawaną przez redakcję “Teatru” Nagrodę im. Aleksandra Zelwerowicza. Ci, co widzieli to przedstawienie, powtarzali z pełnym przekonaniem, że była lepsza od Marlee Matlin, która zagrała Sarę w głośnym wówczas filmie i zgarnęła za ten występ Oscara. Maria Ciunelis grała Sarę długo. Szczególnie utkwił jej w pamięci spektakl, gdy na widowni zasiedli ludzie głusi. I zrozumieli wszystko, dzięki miganiu aktorki/bohaterki, co zbudowało między sceną a publicznością szczególne wzruszenie. Później kolejną wersję tego przedstawienia w warszawskim Towarzystwie Teatrum reżyserowała. W Ateneum kosztowała natomiast różnych wyzwań. Jako Katasia w “Kosmosie”, a potem tytułowa Iwona z “Iwony, księżniczki Burgunda” odkrywała specyficzny język i poczucie groteski Gombrowicza, była portorykańską Antygoną u boku Janusza Michałowskiego, Piotra Fronczewskiego i Henryka Talara w prapremierowej “Antygonie w Nowym Jorku” Janusza Głowackiego, reżyserowanej przez Izabellę Cywińską. Współpracowała między innymi z Agnieszką Glińską, Barbarą Sass, Eweliną Pietrowiak i Januszem Wiśniewskim, udowadniając, jak znakomicie czuje się w skrajnie różnych teatralnych konwencjach.

O aktorstwie myślała już od dzieciństwa, które spędziła w Ostródzie. W warszawskiej PWST spotkała się z największymi – Aleksandrą Śląską, Zbigniewem Zapasiewiczem, Janem Englertem, Tadeuszem Łomnickim. Dwaj ostatni reżyserowali dyplomy, w których zagrała. Od Łomnickiego wzięła słowa zapamiętane na całe życie – “aktor wzrusza, a amator się wzrusza”. Jerzy Kamas, jedna z największych legend Ateneum, mawiał, że Maria Ciunelis to “aktorka od ról beznadziejnych”. Bo jak rola trudna i nie wiadomo, co z nią zrobić, trzeba obsadzić Ciunelis, ona na pewno coś wymyśli.

Właśnie Maria Ciunelis będzie bohaterką styczniowego spotkania z cyklu “Moje Ateneum”. Porozmawiamy o najważniejszych chwilach w teatrze na Powiślu, spotkaniach, jakie wpłynęły na Jej życie, mocnym wejściu w kino i kolejnych rolach filmowych, wycieczkach w świat reżyserii i scenariopisarstwa.

21.11.22 MOJE ATENEUM: Krzysztof Gosztyła

Głos. Niski, głęboki, często aksamitny, można się nim otulić niczym ciepłym kocem. Innym razem ostry, wręcz napastliwy. Dokładnie taki, jakiego wymaga rola – na teatralnej scenie, w radiowym słuchowisku, w lekturze książki albo tworzona na potrzeby audiobooka.

Właśnie
– rola, bowiem artysta zżyma się mocno, gdy nazywają go znakomitym lektorem. –
Jestem aktorem – prostuje wówczas dobitnie, przywracając głosowym zadaniom
właściwą rangę. I udowadnia, że i w tej dziedzinie można z sukcesem zmieniać
tematy i konwencje, przechodzić od klasyki do literatury bardziej popularnej.
Nie bez przyczyny szczególnie ceni sobie interpretację “Pana
Tadeusza”, a jednocześnie trudno już wyobrazić sobie trylogię
“Millenium” w innym niż jego wykonaniu.

Krzysztof Gosztyła – aktor, który jest więcej niż głosem, bo do podarowania ma dużo, dużo więcej. Mógł zostać muzykiem, spędził dwa lata w konserwatorium, ucząc się gry na wiolonczeli. Rzucił ją jednak, zniechęcony długimi, żmudnymi swą powtarzalnością ćwiczeniami. Dawną umiejętność wykorzystał za to w jednej ze swych najbardziej wstrząsających ról. Zagrał Caribaldiego w “Sile przyzwyczajenia” Thomasa Bernharda, wyreżyserowanej przez Magdę Miklasz na Scenie 61 Teatru Ateneum. Jako szef cyrkowej trupy owładnięty obsesją idealnego wykonania kwintetu “Pstrąg” Schuberta dręczy bliskich i współpracowników i ciągle szuka kalafonii… Jest tyranem, ale zagubionym, bezradnym człowiekiem, który zagląda starości w oczy. Jest w tej wybitnej kreacji tajemnica aktorskiej sztuki Krzysztofa Gosztyły.

Na życiową drogę zdecydował się, zobaczywszy Gustawa Holoubka w
“Zemście”. Wielki aktor stał się później jego mentorem i dyrektorem.
Zaangażował go do Teatru Dramatycznego, potem ich drogi znów przecięły się na
początku tego wieku w Ateneum, gdzie trafił bogatszy o doświadczenia z Teatru
Polskiego oraz narodowej sceny. W Ateneum zagrał wiele szalenie różnorodnych
ról, objawił też ogromną siłę jako aktor śpiewający.

“Alkoholicy
z naszej ulicy” Wojciecha Młynarskiego właśnie w jego wykonaniu stali się
jednym z hymnów teatru na Powiślu.

Krzysztof Gosztyła będzie bohaterem kolejnego spotkania w cyklu “Moje Ateneum”. Porozmawiamy o artystycznych kolejach jego życia, barwach, zapachach i smakach, jakie ceni najbardziej. I o tym, że teatr to teatr, ale najważniejsze jest życie.
Rozmowę poprowadzi Jacek Wakar.

18.10.22 MOJE ATENEUM o Januszu Warmińskim

Szefował warszawskiemu Teatrowi Ateneum przez 42, słownie czterdzieści dwa lata, między 1952 a 1958 oraz 1960 a 1996 rokiem. Można bez najmniejszej przesady powiedzieć, że Ateneum to On, gdyż zbudował pozycję oraz niepowtarzalny klimat sceny na Powiślu, stając się przy tym uosobieniem dyrektora niemal idealnego. W teatrze był pierwszy – wychodził ostatni. Zawsze znajdował czas, by chociaż rzucić okiem na wieczorne przedstawienie, a potem dawał uwagi. Choć często były jednozdaniowe, wielu aktorów Ateneum pamięta je do dziś.

Był dżentelmenem w każdym calu. Mawiali na Niego Chińczyk, bowiem po Jego twarzy trudno było odgadnąć targające Dyrektorem emocje. Trzymał się w cieniu, ale od Niego zależało najwięcej. Poświęcił się bez reszty temu miejscu, chcąc przeprowadzić je przez pełen zawirowań i kompromisów czas PRL-u. Taki był Janusz Warmiński. 30 września minęła 100. rocznica urodzin legendarnego dyrektora Teatru Ateneum. Z tej okazji spotkanie z cyklu Moje Ateneum w październiku będzie mieć specjalny charakter.

O Januszu Warmińskim opowiedzą aktorki i aktorzy Ateneum wczoraj i dziś – Elżbieta Kępińska, Krystyna Tkacz, Michał Bajor, Maria Ciunelis, Dorota Nowakowska, Katarzyna Łochowska, Marian Opania, Krzysztof Gosztyła, Jerzy Kryszak, Grzegorz Damięcki. Podczas wieczoru usłyszymy piosenki z pamiętnych spektakli Teatru Ateneum. Porozmawiamy też o znakomitej, niedawno wydanej a już nagradzanej, książce “Janusz Warmiński i jego Teatr Ateneum” z jej autorką dr Anetą Kielak-Dudzik. Zwykła ona wspólnotę ludzi Teatru Ateneum nazywać Ateneńczykami. Zatem niech wieczór poświęcony Januszowi Warmińskiemu stanie się świętem wszystkich Ateneńczyków – po obu stronach rampy.

Gospodarzem spotkań z cyklu “Moje Ateneum” jest Jacek Wakar.
Zapraszamy 18 października o godzinie 19.

13.09.22 MOJE ATENEUM: Grzegorz Damięcki

Dziadkowie – aktorzy Irena Górska-Damięcka i Dobiesław Damięcki. Rodzice – reżyserka Barbara Borys-Damięcka i aktor Damian Damięcki. Mimo to długo nie chciał iść tą samą drogą. Podobno jakoś tak wyszło… W warszawskiej PWST trafił pod skrzydła niekwestionowanych mistrzów – spektakle dyplomowe z jego udziałem przygotowywali Jan Englert, Zbigniew Zapasiewicz i Mariusz Benoit. Pierwsze kroki na Scenie 61 Teatru Ateneum stawiał pod okiem niepowtarzalnego Edwarda Dziewońskiego w “Firmie” Hemara w towarzystwie Ewy Wiśniewskiej. Leonarda Pietraszaka i Zygmunta Kęstowicza. Trudno lepiej trafić.

Czas odkryć karty, choć i tak już wiadomo – bohaterem pierwszego w nowym sezonie spotkania z cyklu “Moje Ateneum” będzie Grzegorz Damięcki.
Teatr na warszawskim Powiślu to jedyny do tej pory zakład pracy znakomitego aktora. Przyszedł tu jeszcze podczas studiów w 1991 roku, jest do dzisiaj i chyba nigdzie się nie wybiera. Nic w tym dziwnego, bowiem – przepraszamy za banał – artysta znalazł tu swój dom, prawdziwie własne miejsce. Wsiąkł w zespół, zawiązał przyjaźnie i od lat realizuje aktorskie ambicje.

Zagrał tu kilkadziesiąt ról – klasycznych i współczesnych, komediowych i na wskroś dramatycznych. Spotkał się z fantastycznymi reżyserami – m.in. Januszem Warmińskim, Krzysztofem Zaleskim, Agnieszką Glińską, Izabellą Cywińską, Andrzejem Domalikiem. Niedawno jako bezduszny asystent partnerował Piotrowi Fronczewskiemu – Feuerbachowi w słynnej sztuce Tankreda Dorsta. Zupełnie inną twarz – wrażliwca, jakiego w nim zawsze widzieliśmy – pokazał w roli Myszkina w “Nastazji Filipownej” w inscenizacji Domalika, w której stworzył wyjątkowy duet z Marcinem Dorocińskim. I właśnie żonglowanie nastrojami, zmienianie masek i wewnętrzna transformacja to najważniejsze cechy aktorstwa Grzegorza Damięckiego. I nie należy myśleć o nim wyłącznie jako specjaliście od ról szlachetnych idealistów. W ostatnich latach szczególną przyjemność sprawia mu tworzenie rys na swym wizerunku, szukanie mroku w kreowanych przez siebie bohaterach.

Podczas spotkania z cyklu “Moje Ateneum” porozmawiamy o dzieciństwie aktora na warszawskim Słodowcu, szaleństwach młodości z rysowaniem, graniem w zespole punkrockowym oraz łażeniem po Bieszczadach, najważniejszych zawodowych wyzwaniach i tęsknotach. I o tym, jak to jest, gdy nagle – lepiej późno niż później – przypomną sobie o tobie kino i telewizja. Grzegorz Damięcki to przecież seriale – “Belfer”, “W głębi lasu” i “Zachowaj spokój”, a także kinowe przeboje “Atak paniki” i ostatnio “Fucking Bornholm”. 

Zapraszamy 13 września o godzinie 19. Rozmowę poprowadzi Jacek Wakar.

14.06.22 MOJE ATENEUM: Wiktor Zborowski

Dla publiczności Teatru Ateneum sprawa jest najzupełniej oczywista: Wiktor Zborowski to człowiek stąd, aktor sceny na Powiślu, jeden z jej symboli, nie do pomylenia z kimkolwiek innym. Widzowie mają rację, bowiem artysta stworzył tu kilkadziesiąt fantastycznych ról, brał udział w legendarnych inscenizacjach, jako ten największy z chóru Słowiki Ateneum w „Hemarze”, budził radość i wzruszenie miłośników swej sztuki.

Nie ulega też wątpliwości, że znakomity aktor nosi Ateneum w sobie, pamięta o wyjątkowych przyjaciołach z tutejszego kolektywu, ale do zespołu nie należy już od lat szesnastu. Wybrał bowiem drogę wolnego strzelca, sam wybiera projekty, w jakich bierze udział, jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. A mimo to nawet nie próbuje zaprzeczać, że jego związek z Ateneum to coś nieporównanie więcej niż kwestia etatu. To sprawa duchowego powinowactwa, tradycji teatru aktorskiego, jakie wyniósł z rodzinnego domu. Nic w tym dziwnego, skoro bratem mamy, a więc wujkiem Wiktora, był nie kto inny niż Jan Kobuszewski, aktor wielki dosłownie i w przenośni.

Niewiele jednak brakowało, żeby życie Zborowskiego potoczyło się zupełnie inaczej. Warunki fizyczne i najprawdziwszy talent sprawiły, że jako młody człowiek odnosił sukcesy jako koszykarz, grał nawet w juniorskiej reprezentacji Polski. Kontuzja spowodowała jednak, że musiał porzucić sportowe ambicje. Postanowił spróbować zdawać na aktorstwo. Jak się nie uda, rozważał plany b, c i d.

Dostał się jednak za pierwszym razem i połknął bakcyla. Uczył się od najlepszych – choćby Świderskiego, Sempolińskiego, Kreczmarów, Łomnickiego, wreszcie Ryszardy Hanin – opiekunki jego roku w warszawskiej PWST. Po studiach trafił pod skrzydła Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym, komediowego kunsztu uczył się od najlepszych w Kwadracie, ale to w Ateneum rozkwitł. Grał role większe, mniejsze i epizody, ale zawsze nadawał im szczególny wyraz, co doceniała publiczność, która chodziła „na Zborowskiego” i trudno było jej się dziwić. Potrafił celowo pozbyć się własnej charyzmy, jak choćby w świetnym „Shitzu” Levina, ale nigdy wewnętrznej szlachetności. Bo chyba właśnie ona stała się znakiem rozpoznawczym scenicznych wcieleń Wiktora Zborowskiego. I jego prywatnie też.

W spotkaniu z cyklu „Moje Ateneum” porozmawiamy o latach spędzonych na Powiślu, najważniejszych artystycznych spotkaniach, śpiewaniu, bowiem w tej dziedzinie jest niezrównanym mistrzem. Dotkniemy kina, bo dzięki filmom Jerzego Hoffmana („Ogniem i mieczem”) i Janusza Majewskiego („C.K. Dezerterzy”) aktor zaznał smaku gigantycznej popularności. I zastanowimy się nad granicą, gdzie kończy się  sztuka, a zaczyna życie, bo to ono było i jest dla Wiktora Zborowskiego zdecydowanie najważniejsze.

Już we wtorek 14 czerwca o godzinie 19.00.

17.05.22 MOJE ATENEUM: Krzysztof Tyniec

Powiedział o Nim ktoś, że jest jak Charlie Chaplin. Z wierzchu wyborny komik, ale warto poskrobać mocniej, aby dotrzeć do dziwnej, chwilami przechodzącej w smutek melancholii, wyjątkowego wyczucia absurdu, ostrej ironii, a wreszcie odrobinę niedzisiejszej delikatności. Z Teatrem Ateneum związany ponad trzy dekady jest jednym z najbardziej zapracowanych aktorów sceny na Powiślu, zagrał tu dziesiątki ról. Dlatego może się wydawać, że Go nieźle znamy, tymczasem… Co i rusz się wymyka, gdzieś ucieka, zmienia style i konwencje. 

Przed Państwem Krzysztof Tyniec.

Gdyby posłuchał rodziców, zapewne nie zostałby aktorem, gdyż wymarzyli dla syna całkiem inne życie. Chociaż pochodzi z Nowej Rudy, studiował w Warszawie, a teatralną drogę zaczynał w odległym Słupsku. Potem trafił do Współczesnego na Mokotowską, zagrał tam choćby w Mahagonny Krzysztofa Zaleskiego i legendarnym Mistrzu i Małgorzacie Macieja Englerta. Swój artystyczny dom znalazł jednak w Ateneum i dziś trudno nawet wyobrazić sobie znakomitego aktora w innym miejscu. Zagranych tutaj ról policzyć nie sposób, podobnie jak autorów dzieł, w których wystąpił. Był Gombrowicz i Brecht, Tuwim i Labiche, Diderot i Konwicki, Shakespeare, Stoppard, Pirandello i wielu, naprawdę bardzo wielu innych. To on stał się jednym z ojców największego hitu Ateneum w ostatnich latach, czyli Kolacji dla głupca Vebera, zagranej niemal tysiąc razy. Co prawda rolę tytułową przejął po Wojciechu Pszoniaku, ale szybko sprawił, że stała się bardzo jego. I zaprzyjaźnił się z niejakim Pignonem na lata, sprawiając, że tak bardzo owego, chyba tylko pozornego „głupca” polubiliśmy…

W Ateneum dał się też poznać jako fantastyczny aktor śpiewający, z wykonywanych przez siebie piosenek tworząc fascynujące, czasem dramatyczne, częściej zabawne historie. Bo Krzysztof Tyniec to jest mistrz kabaretu i estrady, no i parkietu, co udowodnił zwycięstwem w Tańcu z gwiazdami, dając popularnemu show własny styl i klasę.

Artysta nie lubi o sobie opowiadać, a mimo to zgodził się zostać bohaterem cyklu MOJE ATENEUM. Choćby dlatego spotkanie z Nim zapowiada się ekscytująco. Bo jeśli myślą Państwo, że dobrze znają Krzysztofa Tyńca, może Was spotkać niespodzianka…
Zatem do zobaczenia 17 maja, o godzinie 19:00!

26.04.22 MOJE ATENEUM: Magdalena Zawadzka

Kiedy bywalcy Teatru Ateneum słyszą Jej nazwisko, na ich twarzach pojawia się uśmiech.
Jest bowiem od trzydziestu lat związana ze sceną na Powiślu i kojarzy im się przez ten czas zawsze tak samo – z jasnym uśmiechem właśnie, lekko zamglonym spojrzeniem, ciepłym głosem. Słowem – delikatnością, a jest to cecha, która w obecnych czasach jakby wychodziła z obiegu…
MAGDALENA ZAWADZKA, bo o Niej oczywiście mowa, ma jednak wiele aktorskich twarzy i nigdy nie wiadomo, czym nas w spektaklu zaskoczy. Ostatnio są to raczej rzeczy lekkie, ale z głębszymi podtekstami – Kwartet Harwooda, w którym w towarzystwie świetnych partnerów Marzeny Trybały, Krzysztofa Gosztyły i Krzysztofa Tyńca w lekkiej formie oswaja nieubłaganą starość, oraz Uciekinierki, gdzie wraz z Sylwią Zmitrowicz po latach morderczej stabilizacji i nudy rzucają się do skoku w prawdziwe burzliwe życie. Może ostatniego, ale tym bardziej pięknego…
W Ateneum grywała w przedstawieniach niewielkich (Małe zbrodnie małżeńskieNoc z Don JuanemChwile słabości z Leonardem Pietraszakiem, Mr Love z Emilianem Kamińskim), klasyce obcej i polskiej (Kupiec wenecki Shakespeare’a, Szalony Dzień czyli Wesele Figara Beaumarchais, Herbatka u Stalina Harwooda, Rzeźnia Mrożka), a zadebiutowała tu w spektaklu niezwykłym, bo reżyserowanym przez samego Tadeusza Konwickiego. W J.B. i innych partnerowała Gustawowi Holoubkowi. Z wielkim aktorem i wspaniałym dyrektorem Ateneum dzieliła życie od 1973 roku. Mawiała jednak, że „mąż jej nie faworyzował”. Nigdy nie chciała być wszechwładną dyrektorową.

Magdalena Zawadzka będzie bohaterką kwietniowego spotkania z cyklu MOJE ATENEUM. Porozmawiamy o Ateneum oczywiście, Jej partnerkach i partnerach z teatru na Powiślu i nie tylko (ostatnio gra na przykład u boku Andrzeja Seweryna w Teatrze Polskim), ale też o Teatrze Dramatycznym w Warszawie, którego rozkwit pod wodzą Holoubka w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku współtworzyła. Wspomnimy mistrzów Aktorki, artystów, którzy ją kształtowali. Nie zapomnimy o Baśce Wołodyjowskiej – filmowej roli Zawadzkiej, która przyniosła Jej wręcz niewyobrażalną popularność i innych ekranowych wcieleniach.

Magdalena Zawadzka to także wiele ról telewizyjnych i radiowych, wiele artystycznych podróży na różne kontynenty, gościnne występy m.in. w warszawskim Och-Teatrze, Polonii, kiedyś na Scenie Prezentacje. To trzy wspomnieniowe książki, które szybko stały się bestsellerami. 
Nie możemy obiecać, że zdążymy porozmawiać o tym wszystkim, ale trudno wyobrazić sobie spotkanie z Magdaleną Zawadzką bez Gustawa Holoubka. Pojawi się więc we wspomnieniach Bohaterki wieczoru i zapewne będzie się nam z lekką i ironią i właściwym sobie dystansem przysłuchiwał. Dumą Artystki jest syn Jan, dziś jeden z najważniejszych polskich reżyserów filmowych. Porozmawiamy więc o tym, jaki był przez lata ich rodzinny dom. 

Można spodziewać się wielu niezwykłych historii, wyjątkowych anegdot, lekkości i zadumy. Nie może być inaczej, skoro zapraszamy Państwa na wieczór z Magdaleną Zawadzką.

22.03.22 MOJE ATENEUM: Teresa Budzisz-Krzyżanowska

Jedna z największych osobowości polskiego teatru ostatniego półwiecza. Aktorka Wajdy, Grzegorzewskiego, Jarockiego, Hübnera, Holoubka. Swoimi rolami współtworzyła artystyczny kształt krakowskiego Starego Teatru w okresie jego największego rozkwitu, stała się najważniejszą aktorką warszawskiego Teatru Studio w czasie dyrekcji Jerzego Grzegorzewskiego, za którym przeszła na narodową scenę, odebrawszy legitymację numer 1 w nowo tworzonym zespole.
Do zespołu Teatru Ateneum wstąpiła w 2006 roku, odpowiadając na zaproszenie dyrektora Gustawa Holoubka, ale gościnna współpraca aktorki z Ateneum rozpoczęła się już dwie dekady wcześniej, za dyrekcji Janusza Warmińskiego.       

Oto Teresa Budzisz-Krzyżanowska.

Była Joanną z Nocy listopadowej, siostrą Ratched w Locie nad kukułczym gniazdem, dwukrotnie Iriną Arkadiną w Dziesięciu portretach z czajką w tle. Była Gertrudą i Hamletem w Hamlecie, Paganinim w Usta milczą, dusza śpiewa, Panią Rollison w Dziadach, Maryną i Gospodynią w Weselu. Dziesiątki, może setki ról na wielu polskich scenach. Do tego wiele kreacji telewizyjnych, niemało filmowych, choć zawsze teatr stawiała na pierwszym miejscu. 

Teatr Ateneum pojawił się w jej życiu w końcówce poprzedniego stulecia. Najpierw grywała tu gościnnie – Idalię w Fantazym Słowackiego w reżyserii Gustawa Holoubka, Mary Tyrrone w Zmierzchu długiego dnia O’Neilla przygotowanym przez Waldemara Śmigasiewicza. Dyrektor Holoubek znalazł w niej wstrząsającą Jokastę w Królu Edypie Sofoklesa, gdzie stworzyła wspaniały duet z Piotrem Fronczewskim. Potem została na dobre. Na scenie przy Jaracza nie zagrała wiele, ale dała jej nową niepowtarzalną barwę. Była nieubłaganą tytułową Papieżycą w sztuce Esther Vilar, trudno ją było rozpoznać w Czaszce z Connemary Martina McDonagha w inscenizacji Kazimierza Kutza, gdzie spotkała się między innymi z Janem Kociniakiem. 

Zdrowie sprawiło, że dziś na scenie pojawia się zbyt rzadko. Skromnie przyznaje, że wcale nie zdziwi się, gdy widzowie przestaną ją pamiętać. No i nie cierpi, kiedy wspomina się o Jej wielkości. W cyklu MOJE ATENEUM czeka nas spotkanie wyjątkowe, bo absolutnie wyjątkowa jest jego bohaterka.
Teresa Budzisz-Krzyżanowska to klasa, uważność na świat i drugiego człowieka, sama jasność. 

22.02.22 MOJE ATENEUM: Marian Opania

Cykl „Moje Ateneum” rozpoczynamy najlepiej, jak tylko można – od spotkania z Marianem Opanią, prawdziwą legendą Teatru na warszawskim Powiślu, człowiekiem, bez którego miłośnicy Ateneum  nie potrafią sobie wyobrazić tego miejsca, bo przecież tworzył jego historię, a teraz swymi rolami i samą obecnością w Zespole buduje jego dzień dzisiejszy. Dlatego trudno się bywalcom Ateneum dziwić…

Marian Opania zadebiutował w Ateneum dokładnie czterdzieści lat temu i od tej pory pozostaje mu wierny. Stworzył tu dziesiątki mniejszych, większych oraz bezdyskusyjnie wielkich ról, spotkał się z najważniejszymi osobowościami, jakie tu pracowały, był jedną z najbarwniejszych indywidualności w aktorskim panteonie teatru. Nieco starsi widzowie pamiętają go doskonale jako jednego ze Słowików Ateneum, w obleganych spektaklach muzycznych typu  „Hemar” czy „Brel” dającego małe arcydzieła piosenki aktorskiej podlanej niepowtarzalnym komizmem.

Dziś Marian Opania nie zwalnia tempa. Można oglądać go w przejmującej roli tytułowej w spektaklu „Ojciec” według sztuki Floriana Zellera, a także jako groźnego, chwilami okrutnie śmiesznego względem samego siebie Cesarza w adaptacji słynnego reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Szczególne znaczenie dla Aktora mają monodramy  –
„W progu”, a przede wszystkim „Moskwa-Pietuszki” według Wieniedikta Jerofiejewa, który sam wyreżyserował. 

Podczas spotkania z Marianem Opanią porozmawiamy o tajemnicach Ateneum, jego legendarnych dyrektorach  –  Januszu Warmińskim i Gustawie Holoubku, najważniejszych reżyserach, ulubionych koleżankach i kolegach z Zespołu, z którymi wspólnie grali, a po spektaklach…  Zastanowimy się, co się musi zdarzyć, aby mogły istnieć takie ansamble aktorskie, jak ten z dawnego Ateneum  –  czy to minione dzieje i już nie powrócą? Mistrz opowie o swoich artystycznych i życiowych inspiracjach, o tym, co go cieszy, a co najbardziej wyprowadza z równowagi  –  wiadomo przecież nie od dziś, że Marian Opania jest wyjątkowo uważnym obserwatorem naszej rzeczywistości. 
Bez skrępowania, z mnóstwem anegdot, a może i przytaczanymi ad hoc fragmentami ról i spektakli. Bez sztywnego scenariusza, bo Marian Opania to niespokojny duch, zatem możliwe są bardzo różne niespodzianki.