O spektaklu

 

Jewgienij Griszkowiec
„MIASTO” (Gorod)

przekład – Anna Mirkes Radziwon, Marek Radziwon
reżyseria i scenografia – Artur Urbański
prapremiera polska – 14.03.2009 r.

 

Występują:
On, Basin Sergiej Aleksandrowicz – PRZEMYSŁAW BLUSZCZ
Ona, Tatiana, jego żona – SYLWIA ZMITROWICZ
Ojciec, Basin Aleksander Gieorgijewicz – MARIAN OPANIA
Maksim, jego przyjaciel – ARKADIUSZ NADER /  SŁAWOMIR PACEK (gośc.)
Kierowca – taksówkarz – WOJCIECH BRZEZIŃSKI
Ten sam adres, te same problemy, ci sami ludzie. Główny bohater sztuki Jewgienija Griszkowca szuka wyjścia ze ślepej uliczki „zwykłego życia”. Wokół niego „ktoś robi remont, ktoś się żeni, ktoś się odchudza…”, a On obsesyjnie zadaje sobie jedno pytanie: jak żyć i odczuwać naprawdę? Wie, że musi coś zmienić. Dlatego z premedytacją niszczy swoje małżeństwo i planuje ucieczkę. Czy uda mu się odzyskać utraconą nadzieję i wyrwać z objęć tytułowego „Miasta”?

 

Czas trwania: 1 godz. 15 min.

 

 

Galeria

 

Fot. Marcin Wegner

Twórcy

 

Artur Urbański, reżyser spektaklu: Sztuki Griszkowca na tle współczesnej dramaturgii wyróżnia apoteoza życia. On sam chce czerpać z niego pełnymi garściami, i to pragnienie jest bardzo widoczne w jego tekstach. Jest autorem, który dba o drobiazgi. Pielęgnuje je i przypisuje im jakby nadnaturalnie duże znaczenie. Od linearności opowiadanej historii ważniejsza jest dla niego pewna momentalność, migotliwość, chwile zawieszenia.
Z takich rozproszonych chwil i detali buduje dla widza łamigłówkę. Griszkowca charakteryzuje też, bardzo mi bliskie, ironiczne poczucie humoru.
Do mojej interpretacji „Miasta” włączyłem fragmenty z innego utworu Griszkowca – „Planety”. Te dwa teksty powstały w tym samym czasie i świetnie ze sobą korespondują. Tytułowe „miasto” – tak jak i „planeta” – to oczywiście metafory. Główny bohater sztuki szuka bowiem wyjścia nie tyle z miasta, ile ze ślepej uliczki swojego życia. Toczy walkę z otaczającym go marazmem, bylejakością i powierzchownością. Ale prawda jest taka, że chce też pewnie uciec od samego siebie, zrobić sobie od siebie przerwę. Jak skończy się ta ucieczka?

 

„Uciec od samego siebie”, Dorota Wyżyńska, Gazeta Wyborcza – Stołeczna nr 61 – Co Jest Grane

Recenzje

 

Apetyt na życie

 

Artur Urbański (rocznik 1965) znów reżyseruje w teatrze. Autor wielokrotnie nagradzanego filmu
„Bellissima”, twórca wystawianych w TR Warszawa spektakli „Obróbka” oraz „Howie i Rookie Lee”, teraz przygotował na scenie Ateneum sztukę „Miasto” na podstawie tekstu rosyjskiego dramaturga Jewgienija Griszkowca. W obsadzie: Katarzyna Herman, Przemysław Bluszcz, Wojciech Brzeziński, Arkadiusz Nader i Marian Opania.
Barbara Bardadyn: Co urzekło pana w tekście Griszkowca?
Artur Urbański:
Podoba mi się jego podejście do życia. W jednym z wywiadów Griszkowiec powiedział: „Moje sztuki mówią o umiejętności życia, o najprostszych, elementarnych doświadczeniach i wartościach, które nas łączą. Nowi brutaliści angielscy mówią np. o niezdolności do życia i zachowują się konsekwentnie Sarah Kane się powiesiła, Mark Ravenhill umiera na AIDS. A mi chce się żyć”. Ten apetyt na życie, na prawdziwe życie, jest tym, co podoba mi się w „Mieście”. Griszkowiec nie opowiada o wielkomiejskich traumach, neurozach i innych chorobach współczesności. Nie musi. Tutaj największym wyzwaniem staje się podróżowanie w głąb siebie.

Jak wygląda ta podróż?
– Bohater Griszkowca nieustannie zadaje sobie pytanie: jak żyć i być szczęśliwym naprawdę? To nie jest łatwe pytanie. Do takiego pytania trzeba dorosnąć, trzeba też być gotowym na wszystkie zmiany, które może ono ze sobą przynieść. Z drugiej strony takie „zwiedzanie siebie” to doświadczenie niezwykle intymne, a zatem może wydawać się nieatrakcyjne. A jednak Jewgienij Griszkowiec ma odwagę napisać o tym dramat i robi to w sposób genialny. Pisze pełnym ciepłej ironii, żywym językiem, kolekcjonując w tekście codzienne rytuały, drobnostki, mało istotne chwile, pomiędzy którymi przemyca filozoficzne pytania.

Jak traktuje pan tytułowe Miasto?
– Nie traktuję go dosłownie. Główny bohater chce uciec z Miasta i – co podkreśla – nieważne jest „dokąd” odejdzie, ale „skąd”. Miasto do tej pory stanowiło nienaruszalną fasadę jego istnienia. To przestrzeń, w której jest zakorzeniony, w której stworzył więzi z innymi ludźmi, z rodzicami, z żoną. To jego osobiste więzienie. To miejsce, które jest mapą jego samego – takiego, jakim był dotychczas.

Obok reżyserii jest pan także autorem scenografii. Jaka ona będzie?
– Zależy mi na chłodnej, sterylnej i precyzyjnie zaplanowanej przestrzeni. Ale tak jak i cała opowieść zaczyna się od pewnego pęknięcia, tak i w scenografii wyraźnie pojawia się rysa, która burzy pozorny porządek. Szczelina to niezwykle nośny i mocny element znaczeniowy. Gdzie jest pęknięcie tam rozpoczyna się dyskurs, dialog. Tam rozpoczyna się prawdziwa rozmowa.

 

Barbara Bardadyn, Dziennik nr 61 – Warszawa, 12.01.2010

 

Historia otwarta jak samo życie

 

Przemysław Bluszcz od tego sezonu przenosi się na stałe do zespołu Ateneum i debiutuje tutaj dobrą rolą w „Mieście” Jewgienija Griszkowca.
Wyreżyserowany przez Artura Urbańskiego tekst Griszkowca jest historią prostą, niemal banalną. Siergiej dochodzi w swoim życiu do punktu, w którym jednym rozwiązaniem wydaje mu się ucieczka z tytułowego miasta. Banał, tyle tylko, że umiejętnie przez Artura Urbańskiego rozegrany w małej przestrzeni sceny 61. Wszystko rozbrzmiewa tutaj jakby poza słowami, w sentymentalnej melodii, która ma przypomnieć Siergiejowi dawne uczucia, w ciszy, w której osoby mu najbliższe wysłuchują jego deklaracji o wyjeździe.
Przemysław Bluszcz, którego role w legnickim teatrze były ostatnio coraz częściej powtarzanym wariantem „silnego faceta”, tym razem rezygnuje z rysowania swojej postaci ostrymi środkami. Jego Siergiej jest skupiony, wyciszony, skierowany do wewnątrz. Walczy w nim chęć radykalnego gestu ze strachem przed tą zmianą. W scenie z ojcem stroi miny jak mały chłopiec, którym ponownie chciałby być. To ojciec uświadomi mu, że w jego stanie nie ma niczego oryginalnego i nawet wyjazd niewiele w nim zmieni. W cieniu ich męskich kryzysów Griszkowiec szkicuje delikatnie postacie kobiet: wyrozumiałej żony Siergieja i przywołanej przez ojca matki, która przed laty trzymała go za rękę podczas całonocnych spacerów wokół domu.
Nie wiemy czy Siergiej rzeczywiście wyjechał, czy wraca taksówką w końcowej scenie do domu z cwaniakowatym kierowcą z kolejnej bezsensownej włóczęgi po własnym mieście. Historia pozostaje otwarta. Nic tu zostanie dopowiedziane do końca. Jak to w opowieści o życiu i ludziach.

 

Agnieszka Rataj, Życie Warszawy online/16.03, 09.02.2010

 

Wielkie zmęczenie

 

„Miasto” to najlepsze przedstawienie Teatru Ateneum od czasu, kiedy dyrekcję objęta Izabella Cywińska. Wreszcie do końca udana próba nowej literatury, stylistyki grania, reżyserskiej strategii. Kierunek, którego warto się trzymać.
Kiedy pytają mnie, czym różnią się współcześni dramatopisarze rosyjscy od ich polskich kolegów, odpowiadam od razu – pamięcią. Podczas gdy nasi próbują zwykle utrzymywać, że wszystko zaczęło się przedwczoraj, Kolada, Sigariew albo Griszkowiec tworzą tu i teraz, zanurzając swoje utwory w bolesnej współczesności. A jednak raz po raz powracają te same, dawne, a jednak żywe motywy – wyjęta z Czechowa chęć ucieczki do innego świata albo typowe dla Dostojewskiego zakorzenienie w złu, od którego nie można się uwolnić. „Miasto” Jewgienija Griszkowca wystawione na Scenie 61 warszawskiego Ateneum przez Artura Urbańskiego po raz kolejny to potwierdza.
Jego bohater, Basin Sergiej Aleksandrowicz (Przemysław Bluszcz), ma żonę w ciąży, dziecko, niezłą pracę, przyzwoity dom. I ma tego wszystkiego dość. Chce wyjechać, ale nie dokądś, ale od czegoś. Cel się nie liczy, znaczenie ma tylko ucieczka. Serioża żyje z przyzwyczajenia. Obojętny wobec kobiety, choć ją może i kocha, nieczuły na przyjaciół, z poczucia obowiązku szukający zrozumienia u ojca. Griszkowiec nie szuka dla niego współczucia, kreśli bowiem nie pierwszy w rosyjskiej literaturze portret człowieka zbędnego. A poprzedników ma w tej materii niezgorszych, żeby wymienić tylko Puszkina, Lermontowa, Turgieniewa. „Miasta” nie stawiam oczywiście między ich dziełami, bo choć tramie opisuje nie tylko męską chorobę, w diagnozach nie wychodzi poza oczywistości. Dlatego mam przeświadczenie, że przedstawienie w Ateneum staje powyżej tekstu. Obrazy wzmacniają wagę słów, aktorstwo w pełni określa postaci Jest to opowieść o melancholii przechodzącej w smutek, chwilowym znużeniu, które za moment stanie się wielkim zmęczeniem.
Na malej Scenie 61 Urbańskiemu udało się dać złudzenie przestrzeni, na przemian przytłaczającej bohaterów i ograniczającej ich ruchy. W tle słychać odgłosy tytułowej metropolii. Miasto może stanowić iluzję chwilowej ucieczki, ale nie może zaprzeczyć ludzkiej samotności, bowiem stanowi jej kwintesencję. Bohaterowie Griszkowca są samotni ze sobą i samotni w tłumie. Chociaż w tle słychać Sinatrę, bodaj Davida Byrnea i z głupia frant „Biełyje rozy”, rytm miasta pozostanie na zewnątrz, nie przyniesie ukojenia. Najbardziej dojmujące jest w spektaklu Urbańskiego to, że nikt nie ma siły ani ochoty o nie walczyć. Na pięknej twarzy Katarzyny Herman widać tylko zwątpienie. Aktorka daje swojej Tanii kobiecą cierpliwość, resztki uczuć i desperacką potrzebę ciepła. Nie znajdzie zaspokojenia. Arkadiusz Nader gra Maksima, który w kretyńskim stroju Spider-mana przychodzi do Basina żebrać o pożyczkę. Gada zbyt dużo, niczym Andrut z „Wujaszka Wani” udaje oburzenie, ale dla paru rubli przełknie każdą zniewagę – jak pies. Marian Opania zapomina o wszystkich gwiazdorskich popisach, którymi w ostatnich latach raczył widzów Ateneum. W jego Ojcu jest śmiertelne zniechęcenie, męka życia, brak najmniejszych złudzeń. Wystarczy spojrzeć na twarz aktora – to maska, z której odpłynęła krew.
Świetne to i odważne role, ale najwięcej w „Mieście” zależy od Przemysława Bluszcza. Aktor znów – po legnickim „Osobistym Jezusie” Przemysława Wojcieszka – przełamuje schemat twardziela, z jakim był zwykle utożsamiany. Jest w nim brutalność i bezradność jednocześnie. Bluszcz wnosi do Ateneum wartość bardzo rzadką. Reprezentuje aktorstwo konkretu, aktorstwo z mięsa i krwi. Nie ma w nim miejsca na gram fałszu. Gdy patrzę na Bluszcza, za każdym razem mam wrażenie, że gra o wszystko.

 

09.02.2010